Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— I ten wielki świerk, od którego we wtorek rozpoczęło się polowanie?
Jakżebym jego nie miał znać! Trzy razy w tym samym tygodniu miałem tam małą schadzkę! Ale skłoniłem się tylko i milczałem.
— Dobrze, dziś wieczorem o dziesiątej spotkasz się tam ze mną.
Nie dziwiłem się już niczemu. Tak, gdyby mi był w tej chwili kazał usiąść na tronie cesarskim, zgodziłbym się był na to z największą chęcią.
— Stamtąd pójdziemy razem do lasu — mówił dalej. — Zabierz ze sobą pałasz, a pistolety zostaw w domu. Będziemy obydwaj milczeli. Nie przemówisz do mnie ani słowa i ja się do ciebie odzywać nie będę. Rozumiesz?
— Rozumiem, sire.
— Po chwili zobaczymy jednego, a może dwóch mężczyzn pod drzewem i podejdziemy ku nim. Gdy ci dam znak, abyś mnie bronił, wyciągniesz pałasz, gdy jednakowoż będę rozmawiał z tymi ludźmi, będziesz się zachowywał spokojnie. Gdyby przyszło do walki, postarasz się o to, aby ani jeden ani drugi nie uszedł; ja ci sam pomogę.
— Sire — odezwałem się — dwóch nie jest za wiele dla mego pałasza; ale czy nie byłoby lepiej, abym sprowadził z sobą kolegę, byś wasza cesarska mość nie miał potrzeby sam walczyć?
— Ta, ta, ta, — rzekł. — Sam byłem wpierw żołnierzem, niż zostałem cesarzem. Czy sądzisz, że żołnierz przy armacie nie posiada tak samo pałasza, jak huzar? Ale rozkazałem ci przecież, abyś swoje mądre rady schował dla siebie. Zrób, jak ci rozkazałem. Skoro tylko pałasze ukażą się z pochwy, nie powinien ujść żaden z tych ludzi.
— Nie ujdą, sire.