Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

małym, niepozornym człowiekiem, to przecież otaczał się chętnie rosłymi i tęgimi oficerami.
Stałem przed nim wyciągnięty jak struna i spoglądałem mu prosto w oczy; jedną ręką salutowałem, drugą trzymałem na pałaszu.
— No, panie Gerard — rzekł nareszcie i wskazującym palcem zaczął pukać po złotym szamerunku mego munduru — słyszę, iż jesteś dzielnym oficerem, pański pułkownik chwalił pana
Zastanawiałem się nad rozsądną odpowiedzią. Ponieważ jednak nic więcej nie chciało mi przyjść do głowy, jak uwaga Lasalle‘a, iż składam się tylko z wąsów i ostróg, wołałem milczeć.
Cesarz przyglądał mi się przez chwilę w oczekiwaniu czegoś, ponieważ jednak nie było odpowiedzi, zaczął mówić dalej:
— Zdaje mi się, iż jesteś człowiekiem, którego mi potrzeba. Na rozsądnych i dzielnych ludziach wcale mi zbywa...
Urwał nagle. Nie mogłem nawet przypuszczać, co chciał powiedzieć, to też zadowolniłem się tylko zapewnieniem cesarza, iż może na mnie liczyć.
— Jak słyszę, jesteś dobrym szermierzem?
— Tak, trochę, sire.
— Czy to ciebie wybrano, abyś walczył z przodownikami huzarów pod Chambarant.
— Moi towarzysze zrobili mi wtedy ten zaszczyt, sire — odparłem.
— A w celu wyćwiczenia się wyzwałeś w tygodniach przed pojedynkiem sześciu fechtmistrzów?
— Miałem sposobność mieć w siedmiu dniach tyleż pojedynków, sire.
— Wyszedłeś cało?
— Fechtmistrz lekkiej piechoty z 23-go pułku trzepnął mnie lekko po lewym łokciu, sire.