Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

i wąsów — raportowałem — jednego, którego myśli nie sięgają poza konia i pałasz.
— To mój człowiek! — zawołał cesarz. — Sprowadź mi go pan o czwartej.
— I tak, synku, przyszedłem wprost do ciebie. Postaraj się o to, abyś dziesiątemu pułkowi nie przyniósł wstydu!
Nie mogę coprawda twierdzić, aby mi pochlebiały powody, które skłoniły pułkownika do wybrania mnie, a musiała to potwierdzić i moja mina, gdyż pułkownik wybuchnął szalonym śmiechem, a nawet Talleyrand roześmiał się sucho, zanim się zwrócił do mnie ze słowami:
— Pozwól pan, iż udzielę mu przedtem jeszcze dobrej rady, mój kochany! Okręt pański wypływa na bardzo niebezpieczne wody i mógłbyś pan znaleźć gorszego pilota, niż ja nim jestem. Żaden z was nie ma najmniejszego pojęcia, co to wszystko ma znaczyć, a jednak, między nami mówiąc, jest rzeczą wielkiej doniosłości, abyśmy — my, którzy kierujemy losami Francji — wiedzieli o wszystkiem, co się dzieje. Rozumiesz pan, co mówię, panie Gerard?
Nie miałem coprawda najmniejszego pojęcia, do czego on zmierza, ale skłoniłem się i starałem się przybrać minę taką, jakoby wszystko dla mnie było jasnem.
— Postępuj pan zatem możliwie najostrożniej i milcz pan wobec każdego — mówił dalej. — My dwaj nie będziemy się nigdzie z panem publicznie pokazywali ale będziemy oczekiwali pana tutaj i udzielimy panu rady, gdy nas objaśnisz, jaka była rozmowa pańska z cesarzem i czego on od pana żąda. A teraz zbieraj się pan, gdyż cesarz nie przebacza nigdy niepunktualności.
Wybrałem się więc piechotą do pałacu, oddalonego może o sto kroków.