Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

i miłość — to są piękności daleko powabniejsze od tych, które widzimy naszemi oczyma.
Ja sam podziwiałem własne szlachetne postępowanie i myślałem o tem, czy kiedyś ktoś się dowie, że wydałem ostatnie tchnienie na stosie, który uratował armję Clausela. Miałem tę nadzieję i modliłem się o to, gdyż coby to była za pociecha dla mej matki, co za wzór dla armji, co za duma dla moich huzarów!
Gdy de Pombal wreszcie zjawił się w mej chacie z mięsem i winem, pierwszą rzeczą było, iż poprosiłem go, aby spisał raport o mej śmierci i wysłał go do obozu francuskiego. Nie odpowiedział coprawda nic, ale moją wieczerzę spożyłem z dobrym apetytem, na myśl, iż mój sławny zgon nie pozostanie przecież tajemnicą dla świata.
Leżałem w mej chacie ze dwie godziny, gdy drzwi się znów otworzyły i przez nie zajrzał dowódca. Było już ciemno, ale koło niego stał bandyta z pochodnią, tak, że mogłem widzieć, jak mu się oczy świecą i jak błyszczą jego białe zęby.
— Gotów? — zapytał.
— Jeszcze czas — odparłem.
— Obstajesz pan przy czekaniu do ostatniej chwili?
— Przyrzeczenie jest przyrzeczeniem.
— Dobrze. Niech i tak będzie. Mamy jeszcze między sobą do załatwienia pewien akt sprawiedliwości, gdyż jeden z mych ludzi nie prowadził się porządnie. Posiadamy tę surową zasadę, iż nie zwracamy uwagi na godność osoby, jak to panu może poświadczyć de Pombal. Zwiążcie go i połóżcie potem na stosie, de Pombal, powrócę potem i chcę widzieć, jak będzie umierał.
De Pombal i bandyta z pochodnią weszli do cha-