Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ty, a wódz ich poszedł sobie. De Pombal zamknął drzwi.
— Pułkowniku Gerardzie, możesz pan ufać temu człowiekowi, on należy do mego oddziału. Teraz, albo nigdy. Możemy pana jeszcze uratować. Ale przyjmuję na siebie wielkie ryzyko i żądam stanowczego przyrzeczenia. Gdy panu uratujemy życie, czy ręczysz nam pan za to, iż w obozie francuskim przyjmą nas życzliwie i zapomną o całej przeszłości?
— Za to ręczę.
— A ja ufam pańskiemu honorowi. No, prędko, prędko, niema ani chwili do stracenia. Gdy ten potwór przyjdzie, będziemy musieli wszyscy trzej zginąć straszną śmiercią.
Patrzyłem ze zdumieniem, co robi. Wyjął długi sznur, owinął go dokoła zwłok mego towarzysza, a potem zawiązał mu chustę dokoła ust, tak, iż twarzy prawie wcale widać nie było.
— Kładź się pan tutaj — rzekł i położył mnie na miejscu mego kolegi. — Czterech moich zwolenników czeka na dworze i oni to włożą tego nieboszczyka na stos.
Otworzył drzwi i wydał rozkaz. Weszło kilku bandytów i wyniosło Duplessisa. Ja sam pozostałem na ziemi, niepokojony nadzieją i oczekiwaniem.
Po upływie pięciu minut powrócił de Pombal ze swymi ludźmi.
— Pan już leżysz na stosie — rzekł. Chciałbym widzieć tego, któryby twierdził, że to nie pan, a jesteś pan związany i skrępowany, iż nikt się nie może spodziewać, abyś się pan mógł poruszyć lub przemówić. Pozostaje teraz tylko sprzątnąć zwłoki Duplessisa i zrzucić je ze szczytu Merodala.
Dwóch ludzi wzięło mnie za głowę i nogi i wyniosło sztywnego i bez życia z chaty.