Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

pozostaje przyrzeczeniem, a pan wydajesz się być doskonałym chłopcem, to też postaramy się o to, aby najzupełniej zadośćuczynić pańskim życzeniom.
— Powiedziałeś pan — odparłem — iż jeszcze przed północą umrzeć muszę, zaczekam aż do ostatniej chwili przed tym terminem.
— Bardzo dobrze — rzekł. — To czepianie się życia jest trochę dziecinne, ale zastosujemy się do pańskiego życzenia.
— Co się tyczy sposobu śmierci — odparłem — to chcę mieć zgon taki, ażeby go widział cały świat. Wsadź mnie pan na ten stos drzewa i spal mnie pan żywcem, jak w dawnych czasach palono świętych i męczenników. To nie jest zwyczajny koniec, lecz taki, któregoby mi i cesarz mógł pozazdrościć.
Ta myśl widocznie mu się podobała.
— Dlaczego nie? — rzekł. — Jeżeli Masséna wysłał pana do nas na szpiegowanie, to zrozumie, co ma oznaczać ten ogień na górze.
— Zupełnie słusznie — odparłem. — Odgadłeś pan moje powody. On to zrozumie, a wszyscy będą wiedzieli, że zginąłem śmiercią, godną bohatera.
— Nie mam nic przeciwko temu — rzekł bandyta z djabelskim uśmiechem. — Poślę panu trochę koziny i wina do pańskiej chaty. Słońce zachodzi, niezadługo będzie ósma. Za cztery godziny bądź pan gotów.
Piękny był ten świat, z którym miałem się pożegnać. Spojrzałem wdół na tę złocistą wstęgę, gdzie ostatnie promienie zachodzącego słońca padały na niebieskie fale Tajo i oświecały białe żagle statków angielskich.
Bardzo piękny był świat, i przykre było rozstanie się z nim; ale jest coś piękniejszego od niego. Śmierć dla innych, za honor i obowiązek, za wierność