Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Każda ścieżka na południe jest obsadzona, żaden kurjer przez nią się nie przedostanie. Jeżeli Masséna się cofnie, Clausel będzie zgubiony.
— Musi się sam troszczyć o siebie — rzekłem.
— Ilu ma ludzi?
— Około czterdziestu tysięcy mojem zdaniem.
— Ile kawalerji?
— Brygadę dywizji Montbruna.
— Które pułki?
— Czwarty szaserów, dziewiąty huzarów i pułk kirasjerów.
— Zgadza się — rzekł, zaglądając do notesu. — Mówisz pan prawdę, ale biada też panu, gdybyś mówił inaczej.
Potem przeszedł całą armję, dywizja za dywizją i pytał mnie o skład każdej brygady. Nie mam chyba potrzeby mówić wam, panowie, iż pozwoliłbym sobie raczej język wyrwać, niż dawać mu wyjaśnienia tego rodzaju, gdybym nie miał wyższego celu przed oczyma. Niech się dowie o wszystkiem, byłem ja uratował armję Clausela!
Wreszcie zamknął notes i schował go do kieszeni.
— Dziękuję panu za te informacje, które jutro otrzyma Wellington — rzekł. — Pan wykonałeś swą czynność przy naszym interesie, teraz kolej na mnie. Jakże pan chcesz umrzeć? Jako żołnierz będziesz pan naturalnie wolał, aby pana rozstrzelano, niektórzy jednak wolą skok z Merodalu jako lżejszą śmierć. Już bardzo poważny zastęp ludzi wybrał sobie taki koniec, ale niestety nie znaleźliśmy się nigdy w położeniu, aby żądać od nich sprawozdania. Potem jest jeszcze piła, ale ta nie jest tak popularna. Moglibyśmy także powiesić pana, ale musielibyśmy się udać w tym celu nadół do lasu, a to połączone jest z niewygodą. Ale przyrzeczenie