Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/104

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Silne, obrośnięte łapy trzymały mnie ze wszystkich stron, prowadzili mnie opisaną już przeze mnie ścieżką przez las, a ten łotr de Pombal wydawał przytem rozkazy. Czterech opryszków niosło zwłoki mego towarzysza Duplessisa.
    Gdy wyszliśmy z lasu na wolne pole, słońce było już bardzo nisko. Popędzono mnie na górę, aż nareszcie dostaliśmy się do głównej kwatery gerylasów, znajdującej się w jarze pod szczytem. Tam spostrzegłem też i stos drzewa, który miałem okupić tak drogo. Stos ułożony był w czworobok, a znajdował się tuż nad nami. Trochę niżej znajdowały się dwie, czy trzy chaty, należące najprawdopodobniej do pasterzy kóz; w chatach tych gnieździli się bandyci.
    Wpakowano mnie do jednej z nich, związano a obok mnie położono zwłoki mego biednego Duplessisa.
    Gdy tak leżałem, dręczyła mnie tylko jedna myśl, jak tu za kilka godzin podpalić ten stos nade mną.
    Nagle drzwi się otworzyły i do chaty wszedł jakiś człowiek. Gdybym nie miał związanych rąk, byłbym skoczył i zdusił go, gdyż nie był to kto inny, tylko de Pombal. Kilku opryszków postępowało za nim, kazał im jednak zaczekać na dworze i zamknął drzwi za sobą.
    — Łotrze! — zawołałem.
    — Cicho! — rzekł. — Mów pan cicho, gdyż nie wiem, czy nas kto nie podsłuchuje, a moje życie wchodzi tutaj w grę. Muszę panu dać wyjaśnienie, pułkowniku Gerardzie; jestem panu tak samo oddany, jak byłem oddany pańskiemu towarzyszowi broni. Gdy przy jego zwłokach przemawiałem do pana, zauważyłem, że jesteśmy otoczeni i że ujęcie pana stało się rzeczą nieuniknioną. Byłbym musiał po-