Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

dzielić pański los, gdybym się był chociaż chwilę zawahał. Pochwyciłem więc pana na miejscu sam, aby nie stracić zaufania bandy. Własny rozum powinien panu powiedzieć, że nie pozostawało mi nic innego do roboty. Nie wiem jeszcze, czy będę mógł pana uratować, ale przynajmniej spróbuję.
To rzucało nowe światło na moje położenie. Odpowiedziałem mu, iż nie wiem, jak daleko mogę wierzyć jego słowom, a sądzić go będę po jego czynach.
— Więcej nie żądam — odparł. — A jeszcze jedna dobra rada! Dowódca chce pana zaraz zobaczyć. Mów pan z nim otwarcie, gdyż inaczej każe pana przepiłować między dwiema deskami. Nie sprzeciwiaj mu się pan. Udziel mu pan wszelkiej informacji, której od pana zażąda. Jest to jedyna nadzieja pańskiego ratunku. Jeżeli pan będziesz mógł zyskać na czasie, może się zdarzy dla pana jakaś szczęśliwa okoliczność. Chodź pan natychmiast, aby nie powstało jakieś podejrzenie.
Pomógł mi powstać, a potem otworzył drzwi i wypchnął mnie na dwór bardzo niedelikatnie, a potem razem z opryszkami wśród ustawicznych poszturkiwań zawlókł mnie na miejsce, gdzie siedział dowódca w otoczeniu swych bandytów.
Było to szczególny człowiek, ten Manuelo „Uśmiechnięty“. Był dobrze ubrany, o świeżej cerze, dobrze wypasiony, ale miał gładko wygoloną twarz o grubych rysach i łysinę, co go pasowało na porządnego ojca rodziny.
Gdy ujrzałem ten jego jowjalny uśmiech, nie mogłem ani na chwilę przypuszczać, aby ten człowiek był istotnie tym skończonym łotrem, za jakiego go okrzyczano, a którego imię było postrachem prawdziwym tak dla Anglików, jako też i dla Francuzów.
Jak wiadomo, oficer angielski Frent kazał potem powiesić tego draba za jego okrucieństwa.