Strona:Cecylia Niewiadomska - Lat temu dziewięćset.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wyrąbać gaje przeklęte i drzewa, pokruszyć ślady grzechu.
Starzec w natchnieniu mówił, w oczach jego płonęły blaski, rękę wyciągnął ku niebu, a krzyż w niej błyszczał złoty.
Surowe jednak oblicza słuchaczy odwróciły się od godła zbawienia, patrzały w ziemię. Jeden przemówił nakoniec.
— Nie chcemy krzywdy tobie czynić, gościu. Gość święty jest, choć niesiesz nam bogów niełaskę i gniew ich spadnie na nas, jeśli cię słuchać będziemy. Może i twój Bóg mocny, ale naszych wielu, jeden im nie podoła. I po co nam szukać obcego? Ojcowie ojców naszych z tymi żyli, pod ich opieką, — my innych nie chcemy. Odejdź w pokoju i nie wracaj, bo śmierć cię czeka.
— Śmierć jest w ręku Boga.
— W naszem jest ręku. Nie chcemy twych czarów, ani twojej nauki. Odejdź, boś nam gościem, lecz biada tobie, jeżeli powrócisz.
Daremnie święty biskup przekonywał, rozbroić pragnął zawziętość słuchaczy, skruszyć ich serca. Daremnie. Posiłek gościom dano, a potem straż mocną, która ich odwieść miała aż do rzeki, granicy Pruskiej ziemi.
I szli znów trzej kapłani pospołu z pogany w stronę zachodu, aż do brzegów Wisły. Droga długa była, toż święty biskup skorzystać z niej pragnął i głosił słowo Boże, niby siewca — ziarno, co pada na opokę. Milczeli Prusowie, twarde były ich twarze, ponure spojrzenia.