Strona:Cecylia Niewiadomska - Lat temu dziewięćset.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po dniach niewielu na brzegu stanęli. Tu drogę wskazano przybyszom, raz jeszcze powtarzając groźbę śmierci.
— My od was nic nie chcemy, — zostawcie w pokoju nasze chaty i bogi. Bronić ich będziemy. Ma twój Bóg dosyć ziemi, zostaw naszą — naszym. Puszczamy ciebie wolno, bo nie chcemy zwady, gościem nam byłeś, teraz wrogiem tylko powrócić możesz. Dla wroga śmierć mamy.
Odeszli Prusowie, chrześcijańscy kapłani zostali na wybrzeżu. Po wieczornej modlitwie spoczęli bez trwogi pod skrzydłem Pana.
Dzień powitali pieśnią na cześć Marji i znowu długo trwali na modlitwie. Co począć teraz? Czyż wrócić do Gniezna? To zdradzić Pana, — zwątpić o Jego opiece. Nie. On dał przykład. Sam umarł na krzyżu, setki, tysiące wiernych krew oddało za prawdy słowo. Krew — to zdrowe ziarno, w ziemię rzucona — piękny plon wydaje. »Nie słowem tylko, krwią świadczyć będziecie«. Jeśli takiego świadectwa potrzeba, zabierz je, Panie. Wszak żaden apostoł jeszcze przed groźbą śmierci się nie cofnął. — Bądź wola Twoja, Panie.
Pół dnia upłynęło na tych rozmysłach, modlitwie, szukaniu posiłku. Skromne zapasy, jakie mieli z sobą, należało oszczędzać, gdzie o żywność łatwiej. Kto wie, co czeka ich jeszcze. Świeża ryba, placka żytniego kawałek głód ich zaspokoiły. Południe minęło, gdy znów ruszyli w drogę.
Roztropność jednakże nakazywała ścieżki wczorajszej unikać, zwrócili się więc bardziej na południe i pod osłoną lasu śmiało i spokojnie wstę-