Strona:Bruno Jasieński - Człowiek zmienia skórę.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Telegrafowali, za tydzień przyjadą.
Kryszłałow począł się ubierać.
— Co to, wychodzisz? — zdziwiła się Synicyna.
— Widzisz, Waleczko, mam tu pobiegnąć w jedno miejsce. Zupełnie zapomniałem...
— Masz wszak malarję. Jakżeż tak? Do pracy nie poszedłeś, a po ulicy będziesz spacerować. Zobaczą, niedobrze.
— Gwiżdżę! Muszę bezwarunkowo.
— Sam mi proponowałeś, bym została, włoski wypoczynek...
— Nie mogę, kochanie — objął ją i pocałował w policzek. — Chcesz, połóż się u mnie. Za godzinkę wrócę. Dowidzenia, serdeńko. Nie gniewaj się. Słowo honoru, zupełnie zapomniałem.
— Co, masz randkę z babą?
— Gdzie tam! Tu nie do bab! Pilna sprawa. No, serwus, maleńka.
Poprawił na sobie koszulę, pchnął drzwi i znikł w żółtym odmęcie ulicy.

Termin, wyznaczony w telegramie, dawno minął, a na budowie wciąż jeszcze oczekiwano na przyjazd nowego kierownictwa. Do Stalinabadu biegły depesze. Po upływie drugiego tygodnia woda zniosła prom i łączność ze Stalinabadem została przerwana.
Przyobiecane posiłki stopniowo przybywały, niewielkiemi partjami. Miasteczko pierwszego odcinka napęczniało, nie będąc w stanie wszystkich pomieścić. Nowi ludzie nie znajdowali po przyjeździe