Strona:Bruno Jasieński - Człowiek zmienia skórę.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po usadowieniu się w kabinie, człowiek na dole machnął chorągiewką i samolot lekkim wstrząsem ruszył w kierunku startu. Barker mruknął, że aczkolwiek nie jest nawet wierzącym, nie zaszkodzi się przeżegnać: na tych rosyjskich maszynach nigdy nie należy...
Samolot począł ostro wznosić się ku górze i wnet miasto wdole zakołysało się. Maszyna kierowała się na południo-wschód. Rosjanin krzyczał coś Clarkowi do ucha, wskazując palcem w okno, lecz słowa jego, nie dochodząc Clarka uszu, tonęły w szumie motoru.
Miasto pełzło powoli wtył. Clarke wyraźnie odróżniał kawałki pasiastego szewiotu ogrodów, zieloną gabardinę zbóż. Im dalej od Moskwy, tem działki ziemi stawały się coraz większe. Rosjanin nieustannie coś krzyczał, wskazując palcem w okno. Clarke złowił słowo „kołchoz“. Uważnie spojrzał przez okno i nic nie zobaczywszy, wywnioskował, że prawdopodobnie te wielkie działki ziemi są właśnie kołchozami.
Krajobraz stawał się monotonnym. Murri rozłożył sobie gazetę i pogrążył się w czytanie. Clarke zamierzał już uczynić to samo, gdy naraz ziemia pod nimi zadygotała, jak rozfalowane morze. W kilka chwil później aeroplan skacząc, toczył się po równej łące i zatrzymał się w pobliżu niepozornej drewnianej budki.
Był to Riazań. Właściwie Riazania nie było, nie był on widoczny. Była duża zielona łąka. Na