Strona:Bruno Jasieński - Człowiek zmienia skórę.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


propagandy wśród cudzoziemskich specjalistów. Mówią wszak w New Yorku, że wielu z amerykan zostaje w Z. S. R. R. a nawet wstępuje do partji.
— Propagandy? — powiedział Murri, nie wyjmując z ust fajki. — Nie, bardzo umiarkowanie. Pokazują wszystko, co pan zechce, oprowadzają po fabrykach, klubach. Jeżeli się pan zainteresuje, pomagają chętnie zaznajomić się z daną sprawą. Może pan wejść, gdzie się panu podoba, — wszędzie wejście otwarte. W tem, zdaje się, zawarta jest cała propaganda. Robotnicy szybko wchodzą w tryb tutejszego życia: przyzwyczają się i czują się, jak u siebie w domu. Nawet majstrowie... Rozmawiałem z wieloma tutaj, — nie myślą wcale wracać. Cóż pan chce — to kraj robotników. My — z innego ciasta. Reprezentanci wrogiej klasy, jak tu się mówi. Trzeba długo żyć i pracować, aby uzyskać prawo do życia prywatnego. Ale oceniać i opłacać pracę umieją i człowiek wiedzy cieszy się u nich dużym szacunkiem.
Muzyka przestała grać. Zjawił się Barker i z miejsca oświadczył, że okrągła blondynka zaproponowała mu, by odprowadził ją do domu, — niechybnie cośby wyszło, gdyby nie ten przeklęty Tadżykistan, dokąd ich djabli niosą.
Murri cicho śmiał się w fajkę. Clark uczuł nagle wstręt do zadowolonej twarzy Barkera, do jego głosu i całej tej sali. Wstał, oświadczył, że pójdzie się wyspać i szybko opuścił restaurację.
W pokoju było nieprzytulnie i duszno, wiało nudą hotelową i Clarke wyszedł na balkon. Naprzeciwko wznosił się trzypiętrowy budynek z palonej ce-