Strona:Bracia Dalcz i S-ka t. 2 (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/177

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    tymetrów od jej obnażonego ramienia. Na skórze czuła ciepło jego oddechu.
    — Tak lubię zapach twojej wody tualetowej — powiedział ciszej — nieraz zagranicą przypominał mi się, gdy wyjmowałem z walizki chusteczki do nosa. Widocznie przez pomyłkę Ignacy zapakował mi twoje.
    — I nie sprawiało ci to... przykrości?
    — Nie.
    — Ale i przyjemności też nie?
    Odwróciła głowę i spojrzała mu w oczy. Nie odpowiedział. Z pod półprzymkniętych powiek patrzył na nią. Czuła jego wzrok na szyi i na piersiach, jakby pod wpływem jego oczu przyśpieszało się tętno serca.
    Pomału, ostrożnie pochyliła usta do jego ust, ręce zarzuciła mu na szyję. Owijały się wokół niej coraz mocniej i mocniej.
    — Jak ja ciebie kocham — szeptała — jak ja cię kocham...
    Czuła jego dłoń przesuwającą się po grzbiecie, biodrze, wzdłuż nogi aż do kostki, jak gorący prąd. Pod jego wpływem krew zdawała się rozsadzać tętnice, a mięśnie omdlewały w nieprawdopodobnej niemocy. Ogarniała ramionami, ogarniała całą sobą jego szerokie bary, których było takie bogactwo, takie niezmierzone bogactwo... Wchłonąć je, zamknąć sobą, owładnąć...
    Późny świt zimowy napełniał pokoje szarem, chłodnem światłem. Zegar w jadalni niskim rozważnym basem wydzwaniał szóstą... Za godzinę pod oknami rozlegnie się sygnał samochodu i trzeba będzie jechać do fabryki... Do obojętnych spraw, do nic nie obchodzących ludzi.
    Zmęczenie i senność walczyły w niej z pragnieniem rozpamiętywania minionej nocy. Była półprzytomna.
    Cały wysiłek woli koncentrowała na konieczności przypomnienia sobie każdej chwili, każdego mgnienia, których ważność i czar wyrastały teraz ponad wszyst-