Strona:Bracia Dalcz i S-ka t. 2 (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/178

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ko, stanowiły początek nowej epoki, poprostu początek życia... Nie było miejsca na refleksje, na stawianie sobie pytań i szukanie odpowiedzi. Całość zamykała się w jednem: w słowie szczęście.
    Jakie to szczęście ma być, jakiemi pójdzie drogami, z jakich składników jest zbudowane — to trzeba zanalizować, to trzeba przemyśleć i rozważyć... Trzeba lecz niepodobna... Cóż znaczy cały zdrowy sens i logika i kontrola umysłu nad wrażeniami w porównaniu z taką potęgą!...
    A jednak wskazówki posuwały się wciąż naprzód. Należało ubrać się. Czerwona sukienka w zmieszanem świetle dnia i elektryczności wyglądała zmięta. Przypominała zwiędły kwiat maku. Złożyła ją starannie i schowała do szafy.
    Później należało rozmówić się ze służbą. Na śniadanie już nie było czasu, zresztą wcale nie odczuwała głodu. Gdy w przedpokoju przed wielkiem lustrem Ignacy podawał jej futro, niechętnem spojrzeniem obrzuciła swoje męskie ubranie. Jakże bardzo miała już go dość. Jeszcze raz sprawdziła, czy drzwi oddzielające pokoje Pawła są pozamykane, jeszcze raz zapowiedziała, by go nie budzono pod żadnym pozorem i by telefon był wyłączony, jeszcze raz surowo przypomniała Ignacemu konieczność zachowania ścisłej tajemnicy co do powrotu Pawła i zbiegła nadół.
    Kilkanaście minut samotności podczas drogi do fabryki, to kilkanaście minut swobody myślenia o Pawle, o sobie i o miłości. Gdy u zbiegu Złotej i Żelaznej powstał zator, zatrzymujący samochód, była uszczęśliwiona. Zyskiwała jeszcze parę chwil.
    A później fabryka z codzienną monotonją jej spraw, tych spraw, które jeszcze wczoraj były niezmiernie ważne, zajmowały pierwsze miejsce w dniu. Rozmowy z kierownikami działów, sprawozdania, raporty, rzeczowa poważna mina Holdera, referującego korespondencję, warsztaty rozdygotane w jednostajnym ruchu, galerja interesantów...