Strona:Bracia Dalcz i S-ka t. 2 (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/171

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    strój jednak nie znikał. Szczęśliwym trafem przypomniała sobie, że nie zdała mu relacji z rozmów przeprowadzonych z Kolbuszewskim i z Blumkiewiczem. Powtórzenie ich zajęło dalsze pięć minut czasu.
    Paweł słuchał uważnie. Gdy skończyła, uśmiechnął się i powiedział:
    — Wszystko w porządku. Jestem z siebie zadowolony. W moich obliczeniach czasu zaszły tylko drobne i nic nieznaczące zmiany, lecz i na tem zyskałem: mam te kilka dni odpoczynku.
    Spojrzała nań zdumiona:
    — Powiedziałeś, że i na tem zyskałeś. Zatem?
    — Czy wiesz — uśmiechnął się — ile obecnie wynosi mój majątek?... W efektywnych walorach coś około trzydziestu złotych oraz kilkadziesiąt kilogramów bezwartościowych akcyj przy pasywach sięgających kilkunastu miljonów. Cóż ty na to?
    Opuściła oczy. To, co usłyszała od Pawła, nie było dla niej niespodzianką. Jednakże sposób, w jaki jej to powiedział, był nad wyraz przykry. Wydało się jej, że brawuruje swoją przegraną, że chce jej zaimponować rozmiarami swej klęski. Było to niespodziewane u niego, niesmaczne i dojmująco przykre.
    Nie pomyślała w tej chwili o sobie, nie nadużył jej zaufania, przecie oddałaby mu wszystko i wtedy, gdyby zgóry wiedziała, że nie otrzyma z tego nic. Ostatecznie miała dobry fach w ręku i zawsze jakoś dałaby sobie radę. Stracił on jednak ogromne pieniądze, powierzone mu przez wielu ludzi, choćby przez takiego Blumkiewicza, zarwał wiele instytucyj, rezultatem czego będzie „krach, jakiego jeszcze Polska nie widziała“.
    — I cóż zamierzasz robić? — zapytała nie podnosząc nań oczu.
    Wypuścił wysoko strugę dymu i przyglądając się jej zwojom westchnął:
    — Narazie odpocząć. Nie masz pojęcia, moja droga, jak to przyjemnie od czasu do czasu zatrzymać na