Strona:Bracia Dalcz i S-ka t. 2 (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/170

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Chrząknął i niewiadomo dlaczego zrobił okrągły ruch ręką:
    — Wybacz, ale ja nie umiem mówić tych rzeczy... Powiedziałem znacznie mniej, niż należało... Wyglądasz pięknie, to jest, jesteś piękna. Nigdy w życiu nie poznałbym cię. To zadziwiające, jak strój zmienia niektóre rzeczy... Tak...
    Znowu chrząknął, wyjął papierośnicę i zapalił.
    — A mnie nie poczęstujesz? — wyciągnęła rękę — widzisz, to zła strona sukni kobiecej, niema w niej kieszeni. I w dodatku nie wiem, co zrobić z rękami.
    Zapaliła i zrobiła kilka kroków naprzód:
    — Ruszam się też, jak dragon. Prawda?
    — Bynajmniej, bardzo dobrze — zaprzeczył z przekonaniem i z miną eksperta. W jego sposobie mówienia znać było chęć ukrycia zmieszania w rzeczowym i spokojnym tonie.
    Pomimo to sytuacja nie przestawała być detonująca. Stali w środku wielkiego salonu oboje z niezbyt mądremi minami. Milczenie przeciągało się zbyt długo.
    Wreszcie Paweł zapytał skąd wzięła suknię i inne części garderoby. Wówczas zaczęła opowiadać, jak znalazła zapasy pozostawione przez Halinę, jak własnemi siłami, chociaż nigdy przedtem nie miała igły w ręku, przerabiała suknię i przystrajała kapelusz.
    Temat zdawał się być niebywale obfity, lecz wyczerpał się prawie natychmiast. Na szczęście przypomniała sobie kolację.
    — Czy pozwolisz — zapytała, — że będę dziś... panią domu i zaproszę cię do stołu?
    — Bardzo żałuję — próbował wpaść w jej żartobliwy ton, — ale w tym stroju?...
    — O, nic nie szkodzi, twoja pidżama warta jest mojej tualety.
    Przy kolacji starała się rzeczywiście robić panią domu. Przysuwała mu półmiski, nalewała kawę, wybierała owoce. Bawiło ją to bardzo, nienaturalny na-