Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak większa część takich jak my śmiertelników; bo któryż z nas odważy się mieć pretensyę do tego, że w żyłach swoich czuje krążenie krwi boskiej«!
Co do siebie wyznam, że zaraz od początku przestaję rozumieć autora Zarathustry, gdy się wnosić poczyna na wyżyny myśli i stara się czytelnikowi wyjaśnić, dlaczego to »stara Europa jeszcze nie może obejść się bez religii?« »Pochodzi to, powiada, stąd, że człowiek czuje w sobie coś, jakby horrorem vacui, — potrzebę jakiegoś końca, jakiegoś celu, do któregoby zwracał swój umysł, swoją czynność, a to tak, że nieraz woli nic nie chcieć, jak niechcieć (sic). Ale ideał ascety (!?) wypływa ze źródła instynktu życia profilaktycznego, który rozkłada się, stara uleczyć, walczy o byt... Ideał ten jest jednym ze środków, którym się posługuje sztuka zachowania życia... Chrystyanizm, z całym skarbem najgenialniejszych środków pocieszania, tylko uspakaja i narkotyzuje, używając do tego bezwzględnie szkodliwych i lekkomyślnych środków«.
Więc według Nietzschego, religia — to tylko specyalny rodzaj silnego i szkodliwego narkotyku, — coś tak jak alkohol, opium, morfina, haszysz i inne podobne czynniki podniecające i rozstrajające!...
Lecz przypatrzmy się dalej, co Nietzsche sądzi o wierze.
Wypada przyznać, że fanatyzm — to jedyna władza pożądawcza, powstająca w ludziach sła-