Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rem Luccheni, który zamordował nieszczęśliwą cesarzowę Elźbietę, — bohaterami Accirito, któremu attentat na króla Humberta się nie udał i Bresci, tegoż morderca. Accirito wprawdzie chybił, ale przecież tak samo jak Bresci »całem sercem dążył do celu«.
Zresztą jakiż to był ten cel, do którego dążył Rousseau? Niestety! tu znowu Carlyle zapomina nam to wyjaśnić. Z dystrakcyi, czy dlatego, że sam nie wie? Skądżeby zresztą w tym względzie był lepiej poinformowany niż Rousseau, wyznający o sobie, że: »najmilszem jego zajęciem jest twierdzenie i zaprzeczanie tego samego — gromadzenie dowodów za i przeciw wszystkiemu, chęć przekonania wszystkich o wszystkiem, przy braku wiary we wszystko«.

..................

Sądzę, że nie będziesz miał już ochoty poznania bliżej książki Carlyle’a.
Są w niej jeszcze inni bohaterowie, coraz bardziej podejrzanego gatunku. Jest i Cromwell, w którym Carlyle podziwia wszystko, nie wyjmując nawet okrucieństwa i bezwzględności, z jakim dokonał podboju biednej katolickiej Irlandyi. Są jemu podobni....
»U Carlyle’a wszystko nowe — powiada Taine. — I pojęcia i styl, i ton i forma nawet zdania, aż do znaczenia słów pojedyńczych. On wszystko wywraca do góry nogami, przekręca: i rzeczy i wyrażenia. U niego parodoks znaczy tyle, co zasada, a zdrowy rozsądek opiera się na nonsensie.