Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czyńcą ludzkości, którego dalekie pokolenia wspominałyby z wdzięcznością, — mógł porwać serca milionów. A tu?
A tu, oprócz żołnierzy sfanatyzowanych i podnieconych ciągłemi zwycięstwami, nie lubił go nikt a bali się wszyscy, nienawidzili wszyscy.
A tu, obok sławy chwilowej, wymuszonej powodzeniem zwycięskiego oręża, zaciężyło na nim przekleństwo gnębionych przezeń narodów, osieroconych rodzin, do kija żebraczego doprowadzonych nędzarzy.
A tu sąd surowy potomności piętnujący, jego pychę, ambicyę, egoizm, okrucieństwo i małostkowość. Jednem słowem zamiast bohatera — kat, zbój na wielką skalę, bicz Boży, kara za grzechy.
Żeby być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że i Carlyle przed Napoleonem nie wiele pali kadzidła.
Nic zresztą dziwnego, bo jest Anglikiem; Napoleon u niego bohaterem i nie bohaterem! wielkim człowiekiem i nie wielkim...


Mahomet — bohater — prorok!?


Za to całe swoje uznanie zachowuje Carlyle no zgadnij, dla kogo? Otóż choćbyś i rok cały myślał, nie zgadniesz.
Bohaterem ludzkości, ale takim wyjątkowo wielkim... dla niego, dla Carlyle’a, szkockiego purytanina: jest Mahomet.
Tak, Mahomet, bohater-prorok.