Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy chodzi o Mahometa, Carlyle rozczula się, wpada w zachwyt, podziwia wszystko, ale najbardziej to, że ten bohater wiekopomny odważył się w czyn wprowadzić zasadę religijnego indyferentyzmu, »albo wszystkie religie są prawdziwie, albo żadna«.
Zdaniem Carlyle’a Mahomet jest wielkim człowiekiem i bohaterem dlatego, że z wszystkich religii wziął coś i z tego stworzył syntezę.
»Albo wszystkie religie prawdziwe, albo żadna«! Hasło to znane oddawna. Ogłaszał je światu Lessing, Goethe, Schiller... ale Mahomet?
Zresztą, choć przyznaję zdolności wielkie, owszem genialność Lessingowi, Goethemu, Schillerowi, z tego jednak względu pochwalać ich, a tem mniej wielbić nie mogę, bo indyferentyzm, tak pojęty — to najpierw nonsens, jako twierdzenie bezpodstawne, niekrytyczne; potem to lekkomyślność, posunięta aż do szaleństwa a wreszcie to w oczach człowieka wierzącego w dodatku prawdziwe bluźnierstwo.
Nie! »nie wszystkie religie prawdziwe, albo żadna«, bo »jedna jest tylko religia prawdziwa a inne fałszywe«. Oto hasło prawdziwe, hasło ludzi rozumnych i myślących krytycznie.
Jeżeliby tedy było nawet prawdą (czego zresztą Carlyle bynajmniej nie udowadnia) — że Mahomet przy zakładaniu swego Islamu wspomnianą zasadę chciał wprowadzić w życie: — to do tytułu bohatera byłoby mu jeszcze bardzo daleko, owszem brakowałoby właśnie