Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zewnątrz. W życiu jego napróżno będziesz szukał czynów nadzwyczajnych; ale, jeśli wiesz skądinąd, że w nim materyał na bohatera jest, i że potrzeba tylko sposobności, aby się zdobył na nadzwyczajne i wielkie czyny: to oczywiście wypadnie i jego do nich zaliczyć.
Otóż taki materyał na bohatera tkwi w każdym człowieku, wyniesionym przez Kościół na ołtarze, t. j. któremu on oddaje i oddawać każe cześć jako świętemu.
W życiu większej części Świętych nie spotykamy czynów tak rozgłośnych, jak w życiu św. Pawła, albo św. Franciszka Ksawerego, ale za to u wszystkich widzimy cnotę w stopniu prawdziwie bohaterskim, — cnotę, przez Pana Boga stwierdzoną zewnętrznie cudami, które za pośrednictwem ich działać raczy. Każdy Święty był za życia czemś nadzwyczajnem dla każdego, co się z nim stykał. W jego całem postępowaniu uderzał zawsze nie tyle ten lub ów czyn, ile raczej on sam cały, wzięty jako zjawisko. W tem tkwi przyczyna siły tajemniczej, wzbudzającej uszanowanie u najzaciętszych nawet ich wrogów. W nich się ukrywała jakaś wielkość, jakiś majestat, wymuszający szacunek i uznanie. Widzimy n. p. cesarza Teodozyusza, jak przed świętym Ambrożym się korzy i kościelną pokutę z rąk jego przyjmuje; — Attylę, dzikiego zdobywcę i straszliwego tyrana, jak na rozkaz św. Leona W. wstrzymuje swój pochód zwycięski i z Włoch się cofa, — króla longobardzkiego Totilę, jak