Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/333

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I cóż nam zrobi?...
— Spytaj raczej, czego nie zrobi? — Doskonale się wyuczył swego rzemiosła u piratów zachodnich Indyj. Nie mogłabyś zasnąć, gdybym ci opowiedziała, co sama widziałam i co on sam opowiada jako zabawne, pomyślne wydarzenia. Słyszałam krzyki, które całe tygodnie, miesiące, męczyły mą głowę, których nigdy nie zapomnę. Tam, w stronie chałup niewolników, jest miejsce, w którem możesz widzieć drzewo opalone od ognia; u stóp jego leżą popioły czarnych. Spytaj ich, może ośmielą się opowiedzieć, co się tam działo...
— Co ty mówisz, Kassy? — spytała z przerażeniem Ewelina.
— Nie, nie będę ci tego tłómaczyła. Nienawidzę samej o tem myśli. Mówię tylko, że jeden Stwórca może wiedzieć, co ujrzymy jutro, jeżeli biedny Tomasz będzie chciał wytrwać w swojem postanowieniu.
— Okropnie! — zawołała Ewelina, i krew w jej żyłach zastygła. — O Kassy! powiedz, co mam począć?
— Rób, co ja robię; rób, jak ci się będzie wydawało najlepiej; rób, co ci każą robić i dopełń miary nienawiści i przekleństwa!
— On mię chciał zmusić, abym piła obrzydłą jego wódkę... ja jej nie cierpię!
— Uczynisz lepiej, gdy pić zaczniesz. I ja jej nie cierpiałam, a teraz nie mogę się obyć bez niej. Trzeba czemśkolwiek siebie odurzyć, wówczas wszystko się inaczej wydaje.
— Moja matka zabroniła mi nawet kosztować wódki — rzekła Ewelina.
Twoja matka ci zabroniła! — rzekła Kassy, wymawiając wyraz matka ze znaczącym przyciskiem. — I na cóż przydadzą się wszystkie napomnienia matki? Czyż wy wszystkie nie na to się rodzicie, aby was sprzedawano i kupowano? Czyż dusze wasze nie należą do tego, który was kupi? Taki los wasz. — Powtarzam ci: pij wódkę, pij, ile będziesz mogła i wszystko ci łatwiej pójdzie!...
— O Kassy! miej litość nade mną! — zawołało błagalnie dziewczę.
— Mieć litość nad tobą? Czy ja cię nie żałuję? czyż ja nie miałam córki? Bóg jeden wie, gdzie ona i czem jest teraz. Zapewne idzie po drodze, po której jej matka już przeszła, po której jej dzieci pójdą! O! nie będzie chyba nigdy końca temu wiecznemu przekleństwu!
— O Boże mój! wolałabym się nigdy nie rodzić! — zawołała Ewelina, załamując ręce.
— To stare, zużyte wołanie; już dawno zaprzestałam tak mówić. Zabiłabym siebie, gdybym miała śmiałość...
Zatrzymała się; wzrok jej ginący w ciemnościach nocy, wyrażał ponurą, głęboką rozpacz, zwyczajną jej w chwilach milczenia.
— Co ty mówisz, Kassy?... Zabójstwo jest ciężkim występkiem — rzekła Ewelina.
— Nie wiem tego; w każdym razie nie byłoby większym jak to, co robimy codzień. Zakonnice mówiły mi, kiedym była w klasztorze, rzeczy, które mię bojaźnią przejmują i dlatego lękam się umrzeć. Gdyby się wszystko kończyło tutaj, o wówczas!...