Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gdyby te słowa wyrzeczone były przez usta jakiego kaznodziei, spieszącego z słowami pociechy, które często z ust jego zwykło się słyszeć, mogłyby chybić celu; lecz w ustach człowieka prostego, który codziennie się naraża z dziwnym spokojem na kary i więzienie, służąc ludziom i Bogu, słowa te uczyniły głębokie wrażenie i natchnęły biednych zrozpaczonych zbiegów otuchą.
Rachela, wziąwszy za rękę Elżbietę, przyprowadziła ją do stołu. Gdy zaczęli wieczerzać, zapukano z cicha do drzwi. Weszła Rut.
— Biegłam bardzo prędko, — zawołała, — aby oddać te pończoszki dla malutkiego; oto trzy pary wełnianych, dobrych, ciepłych, bo tam chłodno w Kanadzie! Ty nie tracisz energji, moja Elżbieto, nieprawdaż? — dodała, idąc ku niej naokoło stołu. I uścisnąwszy ją serdecznie, wsunęła Henrykowi ciasto z kukurydzy. — Przyniosłam mały węzełeczeń ciastek, — i z trudnością zaczęła dobywać go z kieszeni, — weź go Elżbieto, dzieci często wołają jeść.
— O! dziękuje ci, tyś zawsze dla nas taka dobra, — zawołała Elżbieta.
— Usiądź, powieczerzaj z nami, — dorzuciła Rachela.
— Nie mogę. Zostawiłam biszkopciki w piecu i Jana z dzieckiem; jeżelibym się dłużej zatrzymała, Jan gotów mi spalić ciastka. Do widzenia więc, droga Elżbieto; do widzenia, Jerzy. Niech Bóg was broni w podróży! — I Rut wybiegła lekkim krokiem.
Wielki kryty wóz wkrótce zajechał przed ganek. Fineasz szybko zeskoczył z kozła, aby pomóc swoim podróżnym wsiąść do niego; Jerzy, trzymając jedną ręką żonę, na drugiej niosąc swego syna, wyszedł krokiem pewnym, ze spokojem i poddaniem się, za nim postępowali Rachela i Szymon. Natura zdawała się im sprzyjać, niebo gęsto zasiane gwiazdami, uśmiechało się im.
— Zejdźcie na chwilę, — rzekł Fineasz do tych, którzy już siedzieli we wozie; — urządzę siedzenie w tyle, aby było wygodniej kobietom i dzieciom.
— Weź te dwie skóry bawole, — rzekła Rachela, — urządź wygodnie, o ile można, biedni, i tak się zmęczą całonocną jazdą.
Jim, zeskoczywszy pierwszy, z troskliwością prawdziwie synowską pomógł wysiąść starej swej matce, która trwożliwie uczepiła się jego ręki, oczekując co chwila jakiejś zasadzki.
— Jim, czy masz pistolety nabite? — spytał z cicha Jerzy.
— Tak w zupełnej gotowości, — odrzekł Jim.
— Wiesz co masz robić, gdy nas dogonią. Czy się nie zawahasz?
— Ja, wahać się? — odrzekł Jim, rozkrywając szeroką swą pierś, aby swobodniej odetchnąć. — Czy sądzisz, że gotów jestem wydać im matkę moją?...
W czasie krótkiej tej rozmowy Elżbieta, pożegnawszy się z Rachelą, wsiadła przy pomocy Szymona do pojazdu i ulokowała się z dzieckiem w tyle na skórze bawolej, za nią wsiadła staruszka. Jerzy i Jim usiedli na przedniem siedzeniu, Fineasz na koźle.
— Żegnam was, przyjaciele moi! — zawołał na pożegnanie z ganku Szymon.