Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Niech ci Bóg wynagrodzi! — odpowiedzieli jednogłośnie wszyscy.
I bryka ruszyła, turkocąc po zmarzłej drodze.
Zrazu siedzieli wszyscy, pod wrażeniem oczekiwanych wypadków, w milczeniu. Wóz toczył się środkiem ogromnych lasów, obszernych, jałowych, samotnych równin, przez wzgórza i doliny, coraz dalej a dalej. Dziecię głęboko usnęło na kolanach matki. Staruszka zapomniała o swoich przywidzeniach, trwożliwość opuściła nawet Elżbietę, a sen skleił jej powieki, i jechali dalej wśród głuchej, ciemnej nocy. Jeden tylko Fineasz czuwał, uprzyjemniając sobie drogę poświstywaniem wesołych piosnek, jak gdyby nie groziło im żadne niebezpieczeństwo.
Około godziny trzeciej posłyszał Jerzy przyspieszony tętent kopyt końskich i trącił łokciem Fineasza. Fineasz zatrzymał konie i zaczął się przysłuchiwać.
— Zdaje się, że to Michał, poznaję galop jego konia. — Mówiąc to, powstał ze swego siedzenia i pilnie wpatrywał się w miejsce, skąd go tętent dochodził.
Jeździec pędził wyciągniętym kłusem. Tak, to on — zawołał Fineasz — bez wątpienia, to on.