Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i w sześciu czy ośmiu napadną nas. Oto rzecz cała; uradźmy, co należy czynić.
Opowiadanie to przeraziło słuchających, wszyscy stali jak skamieniali z przestrachu i oburzenia, grobowa cisza zapanowała na czas pewien. Rachela Halliday zaprzestała zarabiać ciasto, aby nie opuścić i jednego słowa z opowiadania, z wyrazem śmiertelnej trwogi wzniosła ręce pokryte ciastem ku niebu; Szymon zdawał się głęboko zamyślonym; Elżbieta objęła swego męża dookoła szyi i bolesnym wzrokiem błagała, aby nie wydawał jej na pastwę oprawcom; Jerzy stał z zaciśniętemi pięściami, z okiem pełnem oburzenia, jak człowiek, który zna niebezpieczeństwo, wie, że mają mu wydrzeć żonę, aby sprzedać na rynku, dziecię, aby oddać handlarzowi niewolników i to pod protekcją praw narodu chrześcijańskiego.
— Jerzy mój, i cóż poczniemy? — spytała bojaźliwym głosem Elżbieta.
— Wiem, co zrobię, o wiem! — odpowiedział Jerzy i poszedł do małego przyległego pokoiku opatrzyć swe pistolety.
— Ej, ej, — odezwał się Fineasz, dając głową znak właścicielowi gospody, — widzisz Szymonie, jak rzeczy pójdą!
— Widzę, — odrzekł Szymon, — i błagam Boga, aby do tego nie przyszło.
— Nie chcę, abyście się narażali na niebezpieczeństwo ze mną, lub za mnie, — rzekł Jerzy. — Dajcie mi tylko, jeżeli łaska, konie, wskażcie drogę, pojadę sam do następnej stacji. Jim ma siłę olbrzymią i jest nieustraszony, ja także pewny jestem siebie.
— Doskonale, mój przyjacielu, — przemówił Fineasz, — zawsze jednak potrzebujesz przewodnika. Co się tyczy obrony, ty przewybornie dasz sam sobie radę, w tem ci nie pomogę; lecz znam lepiej od ciebie drogę i mogę ci być użytecznym.
— Ale ja nie chciałbym was narażać.
— Narażać? — powtórzył Fineasz, mierząc go okiem dziwnie przenikliwym. — Mnie tak zaraz nie zaczepią.
— Fineasz jest mądry i przebiegły, — rzekł Szymon. — Dobrzebyś zrobił, gdybyś chciał słuchać jego rad; a kładąc rękę na ramieniu Jerzego i wskazując palcem na pistolety, dodał: unikaj użycia tego, nie bądź zbyt prędkim... młoda krew zbyt gorąca...
— Ja napastować nie myślę nikogo, — rzekł Jerzy, — domagam się tylko, aby mi pozwolili spokojnie odjechać. Ale...
Zatrzymał się na chwilę, czoło jego nagle się zachmurzyło, rysy twarzy przybrały wyraz boleści.
— Siostrę moją sprzedali na rynku w Nowym Orleanie. Wiem, dlaczego sprzedają dziewczęta i co robią z niemi ci, którzy je kupują. I ja mam pozwolić, aby wyrwano mi żonę i sprzedano, skoro mam dwoje silnych rąk dla jej obrony? O nie! będę się bił przy pomocy Boga do ostatniej kropli krwi, a nie pozwolę, aby mi porwano żonę i syna! I czyż za to mię potępicie?...
— Żaden człowiek nie może cię za to potępić, Jerzy. Biada światu za zgorszenie, lecz stokroć biada temu, przez kogo zgorszenie przychodzi!