Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


a będę zupełnie szczęśliwym. Pracowałbym, zebrałbym potrzebne pieniądze na wykupienie ciebie i dziecięcia naszego. Co zaś do mego dawnego pana, tom mu już stokrotnie wrócił pracą moją to, com go mógł kosztować — jam mu nic nie dłużny.
— Lecz nie jesteśmy jeszcze bezpieczni, — z trwogą wyszeptała Elżbieta, — jeszcześmy nie w Kanadzie.
— Prawda, — rzekł Jerzy, — lecz zdaje mi się, że w powietrzu już czuję wolność, i to mi dodaje sił i odwagi.
W tej chwili z sąsiedniego pokoju doleciała ich ożywiona rozmowa, a wkrótce zastukano do drzwi. Elżbieta poszła otworzyć.
Wszedł Halliday w towarzystwie drugiego Kwakra, którego przedstawił pod imieniem Fineasza Fletczera. Był to wysoki, barczysty mężczyzna, z ryżemi włosami; w fizjonomji jego malowała się przenikliwość i trochę chytrości; nie znać w nim było wcale tego spokoju, szczerości ani tej pogardy znikomych rzeczy świata, które cechowały Szymona. Jego pamięć o sobie, która się malowała w każdym ruchu, baczne i pilne zwracanie badawczego oka na wszystko, co go otaczało, tworzyło uderzające przeciwieństwo z jego kapeluszem o szerokim brzegu, i starannem wyrażaniu się.
— Przyjaciel nasz Fineasz odkrył coś, — rzekł Szymon, — dobrzeby było, gdybyś go chciał posłuchać.
— W istocie, — rzekł Fineasz — sprawdza się, co często powtarzałem, że w pewnych miejscach człowiek śpiąc, powinien jednem uchem słuchać. Wczoraj wieczorem zatrzymałem się w małej osamotnionej oberży, w miejscu, gdzie, jeżeli pamiętasz Szymonie, roku przeszłego sprzedaliśmy trochę jabłek jakiejś kobiecie otyłej, z dużemi kolczykami. Będąc zmęczony długą podróżą, położyłem się po wieczerzy zaraz w kącie na kupie worków, nakrywszy się skórą bawołu i czekałem, aż mi przyrządzą łóżko, i zasnąłem w najlepsze jak kloc.
— Na jedno ucho, Fineaszu, — przerwał spokojnie Szymon.
— O nie, tym razem na oba, i spałem tak głębokim snem dłużej niż godzinę, bo byłem strasznie zmęczony. Gdy się począłem powoli przebudzać, spostrzegłem, że w tymże pokoju jacyś ludzie, siedzący za stołem, piją i rozmawiają. Hm, myślę sobie, nie zawadzi poleżeć spokojnie i posłuchać ich rozmowy, tem więcej, że mówią coś o Kwakrach. „O bez wątpienia, — rzekł jeden, — muszą być jeszcze w kolonji“. Zacząłem słuchać pilniej obu uszami i przekonałem się, że mówili o was. Nie dając po sobie znaku życia, podsłuchałem cały ich plan. Młodego zbiega postanowili odesłać nazad do Kentucky, aby jego pan, gdy go pochwycą, mógł się na nim zemścić. Dwaj z pomiędzy nich mieli jego żonę sprzedać w Nowym Orleanie na swój rachunek i obiecywali sobie wziąść za nią od 1600 do 1800 dolarów. Dziecię mieli wrócić kupcowi, który je był już kupił; Jima i jego starą matkę oddać dawnemu ich panu. Mówili jeszcze, że mają przybyć dwaj konstablerowie z przyległego miasta, aby im dopomóc w pojmaniu zbiegów. Młodą kobietę mają stawić przed sąd i jeden ze spiskowych, mały, z wyprawnym językiem, złoży przysięgę, że ona do niego należy; a gdy ją mu przysądzą, wywiezie na Południe. Wiedzą doskonale, jaką drogą mamy przejeżdżać tej nocy