Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— O, było bardzo śliczne kazanie, — odrzekła Marja. — Warto było go posłuchać; wypowiedział kaznodzieja nieoledwie wszystkie moje przekonania.
— Jeżeli tak, to kazanie musiało być niewątpliwie bardzo pouczające... — wyrzekł Saint-Clare; — temat musiał być nadzwyczaj obszerny...
— Chciałam powiedzieć: moje poglądy na społeczeństwo i tym podobne sprawy — dorzuciła Marja. — Mówił na temat: „wszystko uczynił dobre czasu swego“ i wykazał, jak mądrze urządził Bóg, iż jednych wzniósł na wyżyny społeczne, drugich umieścił na dole, jednych przeznaczył do rządzenia, drugim nakazał posłuszeństwo itp. Żałuję, żeś nie był dzisiaj w kościele i słów tych nie słyszał.
— A ja przyznam się otwarcie, że wcale tego nie żałuję, — przerwał jej pan Saint-Clare — widzę jasno, że pragniesz zastosować słowa kapłana do twych własnych zapatrywań o niewolnictwie, chcesz je do swego sposobu myślenia naciągnąć. Nie obrazisz się chyba, gdy ci powiem: że nie odniosłaś dzisiaj właściwego z kazania pożytku; że tego, co mówisz, kapłan nie powiedział, ale to jest twoje własne zdanie: ty chcesz, aby jego słowa tak pojmowano.
— Ty zatem, kuzynie, jesteś przeciwnikiem niewolnictwa? — zapytała panna Ofelja.
— Wiadomo ci, kuzynko, że nie należę do liczby obdarzonych promieniem łaski oświecającej, i dlatego nie jestem w stanie godnie ocenić religijnych poglądów na takie zagadnienia, jak niewolnictwo. Gdyby chciano posłyszeć ode mnie moje osobiste zdanie w tym przedmiocie, bez żadnych wykrętów powiedziałbym otwarcie: niewolnictwo, to nasz interes, ciągniemy stąd korzyści, więc je podtrzymujemy. To przynajmniej każdy zrozumie. Wszystkie inne gadaniny służą tylko, żeby wykazać, że interes jest słuszny.
— Zdaje mi się, Augustynie, że dla ciebie niema nic świętego! — rzekła Marja. — Słuchając cię, włosy powstają na głowie!
— Czy być może? A jednak jest to niezaprzeczoną prawdą!
— Powiedzże mi, proszę — rzekła panna Ofelja, — czy niewolnictwo uważasz za rzecz słuszną czy niesłuszną?
— Nie mam chęci o przedmiocie tym rozprawiać! — odrzekł, śmiejąc się Saint-Clare. — Gdybym ci odpowiedział na to pytanie, wiem dobrze, że zasypałabyś mnie dziesiątkami innych twierdzeń, które masz w pogotowiu, a na które również nie chcę odpowiadać. Należę do liczby tych, którzy przez całe życie rzucają kamyki na cudze szklane domy, ale sam takiego szklanego domu, aby inni mogli nań rzucać, nie pobuduję.
— Taki on zawsze! — rzekła Marja. — Z nim nigdy nie dojdziesz do końca. Mnie się zdaje, że to pochodzi głównie stąd, że jest tak lekkomyślny w sprawach religijnych?
— Religijnych? — zapytał Saint-Clare takim tonem, że obie damy mimowolnie spojrzały na niego. — Religijnych? Więc wy nazywacie religją to, coście mi przed chwilą opowiadały? To wy chciałybyście religję naciągać do waszych zapatrywań, dlatego jedynie, że wam z tem wygodnie, dobrze? Zasady, w których mniej jest miłości i współczucia