Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wolisz więc słuchać tego ryku nieokrzesanych ludzi? Za nic w świecie nie zniosłabym tego.
— Jak ci się podoba; wolę ja, jak tam nazywasz, ów ryk, niż wasze spoglądanie bokiem po osobach i oglądanie ich strojów. W moich uszach brzmi śpiew ludu jak najwspanialszy hymn, to modlitwa płynąca z serca i niebo przebijająca. A ty, Ewuniu, chcesz także jechać? Zostań ze mną, będziemy się bawić.
— Dziękuję tatce, ale wolę jechać do kościoła.
— Czy ci tam nie nudno? — zapytał pan Saint-Clare.
— Jest trochę nudno; czasami oczki mi się kleją do snu, ale staram się, żeby nie zasnąć.
— A pocóż idziesz do kościoła?
— Wiesz tatko — szeptała mu w ucho dzieweczka — mówiła mi ciocia, że wszystko od Boga mamy, więc godzi się iść Mu podziękować. Ale też tak bardzo nudno tam nie jest.
— Moja ty pieszczotko! — rzekł Saint-Clare, całując córkę; — jedź, moja ptaszyno, to bardzo pięknie... a pomódl się tam i za mnie.
— O, ja za każdym razem modlę się za ciebie, ojczulku, — zawołała Ewunia, a oglądając się z słodkim uśmiechem na ojca, weszła za matką do powozu.
Saint-Clare stał jeszcze przez kilka minut na ganku i posyłał jej ręką pocałunki, aż powóz znikł z widnokręgu; rzęsiste łzy spłynęły po twarzy jego.
— O moja Anielko! — rzekł sam do siebie — jakże słusznie nosisz to imię, w tobie dał mi Bóg prawdziwego aniołka.
Jeszcze chwilę stał zadumany, ulegając wzruszeniu, potem zapalił cygaro, przeczytał gazetę i zapomniał na chwilę o swojej maleńkiej Anielce. Czyż mało był podobnym innym ludziom?

∗             ∗

— Posłuchaj mię, Anielo, — rzekła do niej matka, — słuszna, żebyś była sprawiedliwą i dobrą dla sług, ale nie wypada postępować z nimi jak z krewnymi lub nam równymi. Gdyby naprzykład Mami zachorowała, czybyś pozwoliła położyć jej się w twoje łóżeczko?
— O niezawodnie, mamo; wtedy łatwiejby było pielęgnować ją, a oprócz tego miałaby więcej wygody, bo moje łóżko jest lepsze niż jej.
Taki zupełny brak taktu, objawiający się u Ewuni, przyprowadzał Marję do rozpaczy.
— Co z nią począć? Kiedyż mnie wreszcie zrozumie? — zawołała Marja.
— Nigdy! — odrzekła z naciskiem panna Ofelja.
Ewunia posmutniała bardzo; ale na szczęście wrażenia u dzieci łatwo się zacierają; po chwili znów się uśmiechała, biegała, bawiła się, jak swobodna ptaszyna.


— No, moje panie, cóżeście tam nowego widziały w kościele? — zapytał Saint-Clare po powrocie pań z kościoła.