Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dla bliźnich, niżeli w mojej grzesznej, zaślepionej, cielesnemi więzami spętanej duszy, mają być religją? O nie! to nie są zasady wiary; nie da się ona naginać, jakby kto chciał: ona jest wyższa ponad wszystko!
— Więc ty nie wierzysz, że wolno mieć niewolników? — zapytała znowu panna Ofelja.
— Matka moja była kobietą pełną wiary, — odrzekł Saint-Clare — żyła według nauk Kościoła św. i w Wierze św. umarła. Największą boleść sprawiłby mi ten, ktoby mi powiedział, że była ona zwolenniczką niewolnictwa. Pragnę — ciągnął dalej Saint-Clare, wracając do zwykłego, żartobliwego tonu, — nazwać rzecz właściwem nazwiskiem. Otóż jeśli kto szczerze i otwarcie powie mi, że niewolnictwo nam potrzebne, bo bez niewolników obejść się nie możemy, bo bez nich stalibyśmy się żebrakami, że dlatego popieramy obecny stan rzeczy, że to interes nasz tego wymaga, — to będzie to odważne wypowiedzenie nagiej prawdy. Świat nas za to nie potępi, będzie dla nas wyrozumiałym. Jeśli jednak zjawi się jaki wymuskany panek, o długiej szyi, gadający przez nos, mrużący oczy, i będzie chciał na udowodnienie słuszności obecnego stanu rzeczy przytaczać ustępy z Pisma św., o wtenczas wzbudza on we mnie wstręt, bo chce zagłuszyć sumienie, usprawiedliwić własne grzechy, — a prócz tego w niegodny sposób krzywdzi religję.