Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stawu dziwną arktyczną zatokę niezmiernego morza, z którego odległe szczyty sterczały, jakby ostrowy kamienne... Nim jednak stanąłem na przełęczy, było znów jasno...
Minąłem ogromną gospodę, hotel, na samem siodle postawiony, tuż pod podwójnym zębem skały, nad przełęczą górującej... Żywy duch się nie ozwał, nawet szczekanie psa mnie nie przywitało. We wszystkich oknach pozamykane okiennice, drzwi zaparte na żelazne wrzeciądze, — pustka zupełna...
Stanąłem na samej przełęczy, pod nogami memi znagła otwarła się — przepaść! Miałem to wrażenie, jak kiedy w Tatrach wchodzi się od strony spiskiej na Przełęcz Mięgoszuwiecką i znagła staje się nad otchłanią, ku Podhalu otwartą. Jeno tutaj, zamiast błyszczącego Morskiego Oka w dole i wyciągniętej poza niem Doliny Białki, patrzyłem z urwiska na ukryte wśród lasów, dziewięćset metrów poniżej mych stóp leżące Loèche-les-Bains i na błękitną wstęgę potoku Dala, wpadającego przed oczyma memi do Rodanu. A za Rodanem, za zieloną, o jesieni jeszcze nie więdnącą doliną Walizyjską, tam, gdzie stojącemu na przełęczy Mięguszowieckiej wykwitałoby nikłe pasmo Pienin,