Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nad wodą skały jeszcze czarne, ale dwadzieścia, trzydzieści metrów wyżej srebrzą się już turnie, srebrzy się już grzbiet sino-szarego lodowca, każda szersza i od słońca słabego odwrócona powierzchnia lodu czy skały okwita białym, drobnym, iskrzącym się puchem, który, im wyżej, tem śmielej i gęściej kontury gór osłania, aż wreszcie pod niebem zlewa się z nieprzeniknioną, wieczystą śniegów oponą...
Odwróciłem się. Poza mną była cała przebyta górna dolina, rozległe, olbrzymie cmentarzysko spiętrzonych głazów, wśród których, jak kępka mchu, sterczały w dali czarne wierzchołki limbowego lasu, tu i owdzie, jakby kwiatami, złotem wiednącem modrzewi przeplatane... A dalej jeszcze zalśnił mi jakiś zakręt potoku, już prawie przed samą bramą doliny, z poza której, nad białym tumanem wstającej mgły, sterczało potrójne czoło górskiej grupy Oeschinen...
Droga moja wiodła teraz na lewo od jeziora, wznosząc się po kamienistem zboczu zwolna ku przełęczy. Tuman mgły przewiał koło mnie, lecąc z gór gdzieś ku dołowi, zwałił się na jezioro, u stóp mych leżące, i zatarł na chwilę brzeg jego północny, czyniąc z górskiego