Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


krwawionemi oczyma ciężki czekan w mojej ręce...
W niespełna godzinę byłem już na ostatniem, najwyższem piętrze... Tutaj pod samą przełęczą, w niesłychanie dzikiej i martwej kotlinie, pomiędzy wiszącymi już blizko na skałach lodowcami, na wysokości dwóch tysięcy dwustu przeszło metrów rozlewa się ogromne i ciche jezioro Daubensee... Do połowy leżał na niem jeszcze stary, przeszłoroczny lód, w którego brudnej powierzchni wody potoków, spływających z gardzieli Jagnięcego Lodowca (Lämmergletscher), wyżłobiły szerokie brózdy. Miałem wrażenie, że znajduję się w jakiejś podbiegunowej okolicy...
Ogromne głazy siedzą tu nad cichem, wpółzamarzłem jeziorem, już tak blizkiem szczytów śnieżystych, tuż pod skrzelami wiecznych lodowców rozlanem. Zieleni nigdzie ani śladu, skąpe trawy, które słońce w szczelinach między kamieniami wywołało, zeschły już snadź od jesiennych przymrozków, i wiatry przelatujące tędy od morza Północnego na Adryatyk, dawno już proch ich po świecie rozwiały... Śniegi za to, nowe śniegi słać się już tutaj zaczynają.