Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dalekim widnokręgiem przewyższone, tam rosły przede mną największe olbrzymy alpejskiego lądu, od Mont Cervain aż po Mont Blanc na zachodzie... Słońce stało nad temi górami, jesienne południowe słońce, rozświetlające opalowo dalekie lodowce, w lekkiej spowite śreżodze. Cisza była niepojęta na świecie...
Niepodobieństwem się wydaje, aby jakaś inna droga, oprócz karkołomnej ścieżki, mogła wieść z tej przełęczy w dolinę Rodanu, a przecież spada tutaj z pionowej niemal skały w wężowych zakrętach w kamieniu po większej części kuta, stara drożyna, nie tylko dla pieszych, lecz także dla koni i wspomnianych już „Gemmiwägeli“ dostępna. Kusiła mnie ta droga i białe domy Loèche-les-Bains z góry widziane i zielona dolina Rodanu, i kto wie, czy mimo umowy z przewodnikiem nie byłbym się spuścił na tamtą stronę, gdyby mi w słońcu, kiedym stał już na pochyłości, nie był zaświecił z poza szczerbatych turni blizki, falą zimnego światła rozlany Lodowiec Jagnięcy... Orły krążyły gdzieś nad nim dwa, ogromne i krakały, ważąc się w powietrzu i blasku słonecznym...
Podszedłem, pnąc się wzwyż po skałach z godzinę, pod sam zrąb jego olbrzymi, ale stąd