Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzierżystymi gwoździami tyrolskimi — trudno się rozsiadać na suknem obciągniętych kanapach wagonu — i, patrząc przez otwarte okno na słońce wschodzące, myślałem dopiero, jak sobie dzień urządzić. Pociągała mnie jazda w jesiennem słońcu przez Thuńskie i Brienzkie jezioro, myślałem o Meiringen i drodze przez Grimsel śladami młodej, hucznej Aary na drugą stronę, aż do źródeł Rodanu, ale żal mi się zrobiło czasu, którybym w takim razie musiał jeszcze przesiedzieć w wagonie czy na statku, i wybrałem ostatecznie bliższą drogę, doliną Kandery w górę aż pod przełęcz Gemmi... A potem — jak czas i pogoda pozwolą.
Kolej żelazna, odbijając się w Spiez na południe od brzegów Thuńskiego jeziora, kończy się we Frutigen, mniej więcej w połowie dwadzieścia kilka kilometrów długiej doliny, którą szumiąca Kandera w wodospadach przepływa. Wyjechałem z domu bez planu, pociągi źle mi się składały, tu i ówdzie czekać musiałem, tak że było już po dziesiątej, gdy we Frutigen wysiadłem. Można, a nawet należało było dla oszczędzenia sił i czasu wziąć tutaj powóz lub pocztą się udać do Kandersteg, gdzie dolina się kończy, olbrzymiem piętrem gór-