Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skiem zaparta. Zbyt mnie jednak nęcił ruch na świeżem, jesiennem powietrzu, wwaliłem więc worek na plecy i ruszyłem w drogę piechotą.
Zboczyłem z bitego gościńca i szedłem bocznemi ścieżkami, przecinając często budujący się właśnie tor kolejowy, który ma wieść z Frutigen do Kandersteg, a potem dalej, tunelem popod Lötschberg na włoską stronę w dolinę Rodanu. Włoscy robotnicy, mimo niedzieli, pracowali tu i ówdzie około nasypu, na którym po tymczasowo założonych szynach toczyły się już leniwe pociągi z kamieniami i żwirem. Na łąkach, ponad potokami obrosłymi żółknącą leszczyną i berberysem o czerwonych jak krew jagodach, zberczały nieustannie dzwonki bydła, z górnych hal na zimę w doły już spędzonego...
Minąłem wioskę Kandergrund, a potem Felsenburg, dziwną, jakby z bajki ruinę zamku, na skalnym cyplu wśród alpejskich sosen uczepioną, i lasem począłem się piąć bystro w górę na najwyższe piętro doliny. Gościniec zatacza tu liczne serpentyny; ja szedłem ścieżką tuż nad brzegiem w bujnych wodospadach z hukiem skaczącej Kandery. Pnąc się tak w górę