Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakaś nieodparta, nagła żądza samotności wygnała mnie w góry o tym czasie, kiedy już pasterze dawno zeszli z hal a w dżdżyste poranki śnieg regle okurza... Ale, gdym o świcie wyjeżdżał z Bernu w stronę Alp, pogoda była przecudna: słońce czerwone wychodziło gdzieś z za lasów, pozłoconych światłem i jesienią; poczynał się jeden z tych chłodnych a jasnych, przepięknych dni ostatnich październikowych, jakie prócz Polski znają chyba tylko kraje alpejskie...
Nie wiedziałem jeszcze, dokąd pojadę. Kupiłem bilet do Thun, bilet trzeciej klasy naturalnie, gdyż w pełnym alpejskim rynsztunku, z ciężkim czekanem, z żelaznymi raczkami na wyładowanym plecnym worku, w zniszczonej bluzie pod serdakiem i w butach, kutych za-