Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cone drzewo pomarańczowe wyjrzy z dziedzińca albo ogrodu śródmiejskiej willi magnackiej. Słońcem zalana Piazza Navona, co obszar dawnego hipodromu Domicjana zajmuje, cicha jest, jak zawsze: „forestieri“ rzadko tu zachodzą; około kamiennych ławek i ocembrowania egipski obelisk dźwigającej fontanny Berniniego dzieci małe igrają i snują się rzymskie mieszczanki o czarnych oczach i ustach, jak pożar gorących.
Przechodzę około Panteonu (cudnie się tam światło o tej porze, wprost z nieba spływające, szczytowym otworem rozlewa!) — mijam gwarny i ruchliwy zawsze plac pod kolumną Marka Aureljusza i idę dalej — przez Via Tritone i sieć wązkich uliczek, aż do pomnika Niepokalanego Poczęcia, olbrzymim z Maksencjuszowej pogańskiej bazyliki wyłupionym filarem pod niebo wzniesionego. Na Hiszpańskim Placu, na schodach, piętrzących się ku Santa Trinita de’ Monti i ustawionemu przed kościołem obeliskowi, kupiłem sobie u kwieciarzy całą wiązkę purpurowych róż — niewiadomo poco i dla kogo? Obrywam je bezmyślnie i rzucam na bruk, idąc zwolna przez cichą, pracowni rzeźbiarskich i antykwarskich sklepów pełną Via Babuino. Na Piazza del Popolo znowu wśród fontanny