Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rów, świątyń filary, Forum, Palatyn i Koloseum; tutaj, w kierunku wyciągniętej ręki spiżowego cesarza — szerokie schody spływają ku nowemu Rzymowi.
Mimowolnie, bez myśli, z oczyma jeszcze marmurowej kochanki mojej pełnemi, schodzę tam zwolna, opierając się dłonią na kamiennej poręczy... Cola Rienzi, „ostatni trybun rzymski“, patrzy z pod palm, z marmurowego, ze starych w kamieniu rytych napisów zbudowanego cokołu... Mijam kaskadę stopni, spływających tam z góry, od ceglanej fasady kościoła Santa Maria Aracoeli i rosnący w niebo nad szczyt Kapitolu monument Wiktora Emanuela i surowy, z głazów Amfiteatrowi Flawjusza wykradzionych stawiany Pałac Wenecki, i rozpoczynam zwykłą, błędną po ukochanym Rzymie wędrówkę. Koło pałaców przechodzę olbrzymich, o najszlachetniejszych linjach i wymiarach, około kościołów, na wielkich placach, albo w zacisznych ulicach pokrytych, koło fontan, całemi rzekami przeczystej wody tryskających, marmurem lub bronzem wieńczonych, — a z za węgła czasem w wązkiej uliczce błyśnie mi kolumna wpół zagrzebana jakiejś pogańskiej świątyni, w nowy, ubogi dom wbudowana, — czasem cyprys, palma lub pozło-