Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i posągi, posągi, posągi, dziesiątkę muzeów dziś szczelnie zapełniające, spiż, granit, marmur...
A tam, za bramami miasta, wśród słońcem spalonej Kampanji, przy drodze grobami znaczonej — katakomby ciche, jednocześnie ze wspaniałymi pałacami powstałe a rozrastające się ciągle w nieprzebytą, w niezmierzoną sieć ganków i kaplic... I oto w zwaliska pałaców i świątyń pogańskich — zwaliska najdawniejszych chrześcijańskich kościołów: ceglanymi murami połączone stare marmurowe kolumny, a we wnętrzach półmrocznych freski blade, zatarte, nieudolne, jakby z katakomb żywcem tu przeniesione... Ale tuż obok już wspaniałe, już złocone, już lasem własnych filarów pełne, własnemi błyszczące barwami pierwsze bazyliki papieskie, rówieśne tym burgom śniedniowiecznym, w które rzymscy baronowie zamieniali dawne mauzolea i łuki tryumfalne i resztki cyrków potężnych opustoszałego i upadłego miasta.
A potem — nowy rozkwit, nowe zmartwychwstanie. Nad odrodzonym Rzymem rosną kopuły setki kościołów, wznoszą się nowe pałace, nowe gmachy, wille, pomniki, czyste zrazu i szlachetne w swojej klasycznej prostocie, z czasem coraz wspanialsze, coraz więcej olbrzymie, potwor-