Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znów o zachodzie zalśnić czerwienią i fijoletem na pobladłem niebie.
Ulice zaczynają się budzić; na odgłos przekupniów, rozwożących nabiał i pieczywo, otwierają się okna w sąsiednich domach, od kościołów rozlega się dźwięk sygnaturek, zwołujących na ranną mszę...
Siadłem w oknie i patrzę. Kocham Rzym. Niema drugiego miasta na świecie, któreby w sobie tak wszystko łączyło: ogromną dawną sławę nieprzebrzmiałą i współczesne ruchliwe życie wielkomiejskie, nieprzebrane pamiątki starej kultury i ożywcze źródło nowej, piękność i powagę, zadumę i śmiech, spokój i ruch zarazem. Na tych kilkunastu kilometrach kwadratowych, jakby w olbrzymiej księdze o kamiennych kartach, wypisana jest historja dwudziestu kilku wieków co najmniej. Stare, przedhistoryczne nekropole na miejscu późniejszego Forum, resztki murów królewskich, które dawne „siedmiowzgórkowe“ miasto otaczały, i pomniki republikańskiej chwały, wiek po wieku, z pokolenia w pokolenie nagromadzone, i świątynie, i bazyliki, i tryumfalne łuki imperatorów, i to palatyńskie wzgórze, ruinami jeszcze o dawnym przepychu cezarów świadczące, i łaźni i cyrków olbrzymie zwaliska —