Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łożył skromny warsztat, a obok niego przekupka ma stragan ze staremi książkami do modlenia, kawałkami pozieleniałych bronzów i okruchami marmurów ze ścian i posadzek dawnych rzymskich budowli. Cudowny, prawie czarnemi na perłowo-zielonem tle plamami znaczony „verde antico“, miękki, ciepły, w płomień czasem przechodzący „giallo“, krwawy albo znów chmurny, jak zsunięte Jowisza brwi „africano“ i barwą subtelną dziewczęce ciało przypominający, siecią ciemno-czerwonych żył pokryty „porta santa“ — straciwszy z wiekiem połysk i kolorów wyrazistość, leżą na zapylonych deskach, do szarych kamyków podobne i czekają nabywcy, który, kupiwszy taki okruch za parę groszy, da go wygładzić na nowo i potem może bogate biurko swe nim ozdobi... A na podwórzu, na długich sznurach, przeciągniętych od domu do domu, kobiety rozwieszają wypraną bieliznę i cała chmara dzieci biega około nich i śmieje się i krzyczy. Znam je wszystkie, nawet z imienia, bo słyszę często, jak matki na nie wołają. Niektóre są bardzo ładne, szczególnie jedna, pięcioletnia może dziewczynka, o złotych włoskach z czarnemi oczyma, która się Teresina nazywa.