Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Podwórze jest murem oddzielone od ulicy, biegnącej wzdłuż nizkiego lecz szeroko zabudowanego przytułku i szpitala ku kościołowi Najświętszej Panny Pocieszycielki. Wczesnym rankiem przeciągają tędy ogrodnicy i przekupnie jarzyn z małemi, przez osły ciągnionemi wózkami, nawołując przeraźliwym krzykiem gospodynie; za dnia, wśród zwykłych, codziennych przechodni zabłąka się czasem jaki cudzoziemiec, który tu zboczył, powracając z Forum albo z Palatynu; wieczorami, po zamknięciu warsztatów snują się robotnicy, zdążając do poblizkiej winiarni, kupiwszy sobie po drodze za solda pieczonych kasztanów na przekąskę.
I to jest zwykłe, powszednie życie w tych domach i na tej ulicy między Kapitolem a skałą Tarpejską z jednej a palatyńskiem wzgórzem z drugiej strony. Siedząc w oknie przyglądam mu się często z zajęciem, biorę w niem udział prawie, udział widza samolubnego, który każdej chwili, kiedy się znudzi, może zapuścić firanki swej loży... Bo gdy zamknę okna, pozostaję sam, zupełnie sam w swoim pokoju.
Ach, nie! — byłbym zapomniał prawie: mam towarzysza. Kupiłem go sobie raz, wychodząc