Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


willi Mils, czekającej samotnie wśród ruin, rychło ją rozburzą, aby z pod jej fundamentów wydobywać dalej na słońce resztki pogrzebanego domostwa cezarów...
Pomarańcze zaczynają już dojrzewać, nabierają już jasnej, złotej barwy, która z każdym dniem mocniej się płoni i kiedy popołudniowe słońce padnie na farnezyjskie ogrody, widzę stąd z daleka, jak się lśnią całą masą na tle ciemnych, połyskujących liści. Pod pomarańczami rosną tam róże. Nie widzę ich, ale wiem o tem. Rwałem je tam niegdyś na ruinach, rok czy dwa lata temu, w grudniu, aby świeżych, wonnych płatków czerwonych nasypać do jakiegoś listu, który wysyłałem na północ...
Ale i bliżej, pod samem oknem, z tej strony mam dwa drzewa pomarańczowe, złotem owoców ciężkie i róże w maleńkim, do spadzistości wzgórza przyczepionym ogródku. A jeszcze niżej jest podwórze sąsiedniego domu. Gdy się wychylę z okna, patrzę na nie z góry i widzę wszystko, co się tam dzieje. Pod ścianą domu siedzi tam zwykle jakiś tapicer i od rana do wieczora jednostajnym ruchem ramienia mędli białą wełnę, opadającą całemi zwałami puchu dookoła niego. W bramie stary szewc roz-