Strona:Baba Jaga.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 8 —

CZAROWNICA. Kły? Ja ci kły pokażę! Ząbki...
JAGUSIA. (wzdycha.) Niech będą i ząbki!
CZAROWNICA. Weź szczoteczkę od zębów i wyczyść mi je, tylko żwawo!
JAGUSIA. Pfuj.
CZAROWNICA. Czy słyszysz?
JAGUSIA. Zaraz! zaraz! (czyści jej zęby.)
CZAROWNICA. (wstaje.) No, dosyć! Idę z wizytą, tam zjem śniadanie. Co zaś do ciebie to złap szczura lub mysz i zrób sobie potrawkę — chleb leży w szafie. Gdzie mój powóz?
JAGUSIA. Alboż pani ma powóz?
CZAROWNICA. Stoi w kącie! (wskazuje miotłę.) Podaj!
JAGUSIA. Nie powóz, ale chyba samochód, niema przecie koni... (podaje miotłę czarownicy; ta siada i ma odjechać, naraz zatrzymuje się).
CZAROWNICA. Czekaj! czekaj! zapomniałam! Wyjeżdżam do Afryki, wrócę za pół godziny. Widzisz te worki z ziarnem? Masz mi z tego ziarna chleb upiec, a gdy tego nie zrobisz, to cię zjem. Chi! chi! chi! (odjeżdża).
JAGUSIA. (sama.) Co pocznę? Trzy worki ziarna muszę nieść do młyna o mil kilka odległego i zemleć. Potem gdy wrócę, mam napiec chleba... całe setki bochenków, a wrócić mogę dopiero w nocy — kiedyż to zrobię? O, dolo moja, dolo! O, moja matko! Matuś moja jedyna,