Strona:Baśń o szklanej górze.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   18   —

co do okien królewny dostać się chciały i czarodziejowi z jej skarbu, jedną łzę, zamienioną w perłę, wykraść zamierzały... Poraniły go orły, ale nie dopuścił do skarbca... rozszarpał ich i poranił...
— Wiem, pocoś przyszedł do mnie, — odrzekł staruszek, — owszem, dam ci te leki, od których wyzdrowieje ów orzeł, ale co mi dasz za to?
— O, staruszku najmądrzejszy, nie mam niczego do dania... Świtka moja w strzępy podarta, pieniędzy ani grosza... o, daj mi to darmo, a gdy skarby osiągnę, zapłacę ci za to sowicie...
— Nie czekam nigdy na zapłatę, musisz mi co dać teraz, inaczej odejdziesz z niczem... Masz oczy tak podobne do szafirów, które mi są teraz potrzebne, że zapłacisz mi swemi błękitnemi oczami...