Strona:Baśń o szklanej górze.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   11   —

go zasypałeś nam drogę górami z kamieni, i powyrywałeś drzewa z korzeniami, abyśmy wybrnąć ztąd i polować dalej nie byli w stanie?..
— A jam król i władca tego lasu i zwierzyny, którą ośmieliliście się zabijać — królem jestem tej oto, wzbijającej się ku niebu, góry szklanej, na której stoi pałac, a ojcem królewny cud-dziewicy, rozdającej ze skrzyń złocistych ukojenie w niedoli i szczęście... Idźcie ztąd, bo śmierć was spotka!.. — odezwało się widmo.
— Śmierć tobie, zuchwały starcze! wiedz o tem, żem król tej krainy, a więc i lasu, i nikt przeszkadzać mi w zabijaniu zwierzyny, ani też w zdobyciu skarbów ze szklanego pałacu, nie ma prawa!
I porwano za miecze, wymierzono w pierś starca kul kilkanaście...
Ale cóżto? nie pada dziwny sta-