Strona:Baśń o szklanej górze.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   10   —

Orszak wysunął się na ścieżkę, kędy Jaś przystanął i pędem puścił się ku pałacowi. Tymczasem, gdy i Jaś biedz począł za rycerzami, ukazało się krwawe widmo i ścinać od jednego zamachu poczęło całe drzewa i krzaki i rzucać je na drogę, kędy miał król ze swą świtą przejeżdżać.
Widmo to było straszne. Jakaś dziwna zardzewiała zbroja pokrywała wysuszone niby szkielet ciało. Korona, z trawy i jemioły upleciona, przykrywała siwe, wiszące aż na ramionach włosy; płachta czerwona, niby krew, przewieszona była przez ramię.
A właśnie w tejże chwili nadbiegał młody i waleczny król tej krainy, ze swym orszakiem — ujrzawszy widmo, zatrzymał się.
— Ktoś jest, starcze? — zapytał — i czego tu przed nami stoisz, i dlacze-