Strona:Asnyk Adam - Pisma 03. Wydanie nowe zupełne.djvu/297

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Nie było nawet podówczas w zwyczaju
    W dyplomatycznej ślizgać się zabawce,
    W lada koniuszym lub dworskim lokaju
    Zaraz ojczyzny upatrywać zbawcę,
    I tym, co jawnie wyparli się Polski,
    Dawać na kredyt mandat apostolski.

    Kiedy kto z wrogiem chciał wchodzić w konszachty
    I stawiać złote zjednoczenia mosty,
    Nie powiadano w gronie braci szlachty,
    Że to mąż stanu, lecz że zdrajca prosty,
    I nie wróżono nowej szczęścia ery,
    Widząc na piersiach błyszczące ordery.

    Jeszcze przybierać nie umiała Polska
    Postaci gadu, co się u stóp czołga,
    Wolała, żeby w drodze do Tobolska
    Trupy jej synów unosiła Wołga,
    Wolała ponieść ofiary najkrwawsze,
    Niżby się miano wyprzeć jej na zawsze.

    O! wtedy jeszcze nurtem tajnych koryt
    Płynęły na świat idealne mary,
    I nadawały cudowny koloryt
    Tkanej przez losy przędzy życia szarej,
    A na niebiosach jaśniał blask nadziemski,
    Niby wschodzącej znów gwiazdy bethlemskiej.